nawigacja

Sie działo

    Poszukiwania wiosny (bo chyba już trochę przegina)
    Wybraliśmy się na spacer dookoła naszego półwyspu, w składzie:Iwonka, Mała Mi,Nevia, Mrówka, Cleo, Adda, Cezar, Pacha no i „najwspanialszy” kronikarz w dziejach Czyli ja Juliusz Gerard (koniowate powiedziały, że zaczekają na nas przy domku nad jeziorem). krajobraz jak to na wiosnę wszędzie śnieg oprócz tego śnieg i jeszcze raz śnieg miejscami nawet do kolan. Dzięcioły chyba też szukały wiosny (no bo kto by jadł robaki?) wydziobując olbrzymie dziuple w pniach drzew. Dziki wręcz wgryzały się w korzenie drzew, przy okazji tworząc olbrzymie dziury, w których Adda i MI spokojnie się mieściły. Idąc, czasami biegnąć wzdłuż jezior dało się zauważyć powoli odstępujący od brzegu lód i z wolna zieleniejące łodygi trzcin. Największemu wyzwaniu podczas tej wyprawy musiał sprostać Czaruś, ponieważ często śnieg był tak głęboki, że musiał biedak drążyć drogę przed sobą (potem wpadł na pomysł i szedł po śladach naszej całej bandy). Pozostałe psiaki były co najmniej wszędzie :), a Adda znajdowała jeszcze czas żeby każdego z nas obdarować dzikim bryknięciem i kłapnięciem swych drobnych szczęk, zabawa na sto dwa. Nevia zwyczajowo trzymała się blisko Iwonki z rzadka pozwalając sobie na bryknięcie w powietrzu wierzgając nogami we wszystkich kierunkach. Pacha poznawał nieznany sobie świat (pierwszy raz był na tak długim spacerze, oczarowany, zostawał często z tyłu przypatrując się wszystkiemu dokładnie, po czym popisywał się szaloną galopadą dołączał do grupy. Przechodząc przez zachodnie bagna weszliśmy na teren naszego Rancza, i ku naszej radości spotkaliśmy się z Koniowatymi tam gdzie się umówiliśmy. Całą ekipą dotarliśmy pod dom i każdy zajął się swoimi sprawami, a my z Iwonką zrobiliśmy sobie kawę pijąc ją przy ciepłym kominku podżerając czekoladę.
     

     

      ….no i doczekaliśmy się najazdu bladych twarzy. Ich przewaga liczebna była znacząca, rozbili swoje wigwamy na północnym krańcu naszej prerii. Prawie natychmiast zajęli się rozpalaniem ogniska i pieczeniem upolowanych dzików (niby że wieprzowina). Blade twarze nie były długo blade bo już na drugi dzień wyglądali na rasowych czerwonoskórych. Wieczorami piliśmy różne odmiany wody ognistej łącznie z „alabamą” jako dodatek na dobre trawienie :). Jedna z kobiet (zwana Czarną Joaną) dosiadła jednego z naszych ognistych rumaków a konkretnie Apacza i „pomknęła” nad jezioro(o dziwo wróciła żywa z tej szaleńczej wyprawy). W między czasie już nieblade twarze opanowały pływającego potwora i udały się na podbój publicznej plaży. Co odważniejsi próbowali tam dotrzeć w przezroczystym pęcherzu ryby wielkości bizona, a na dokładkę ujeżdżali mechanicznego mustanga (traktorek kosiarka z przyczepą) wyczyniając nim rożne dziwne figury, aż biedak padł z pragnienia (skończyło się paliwo) podsumowując był to dla nas wspaniały weekend mam nadzieję że dla naszych Gości również.